Hehe, właśnie zauważyłem że nigdy się nie pochwaliłem swoimi wynikami

.
Flamed, niełatwo byłoby mi znaleźć osobę o bardziej przeciwnych do mnie wyborów, jak i wyników na maturze

. Pokrywamy się tylko w polskim, który jednak nie dość że jest obowiązkowy, to wzięliśmy na różnych poziomach z drastycznie różnymi wynikami, i w angielskim, który był może już nie całkiem obowiązkowy (zgaduję że trzeba było wybrać po prostu pewien język obcy), i na pewno nie musiałeś go rozszerzać, to również poszedł nam drastycznie różnie.
Zdawane: Polski (podst), Angielski (rozsz), Fizyka (podst), Matematyka (rozsz - hehe)
Jak wyszło? Cóż, zacznijmy od dna: fizyka na <45%, choć gdzieś w tej okolicy. Nie mam dla siebie usprawiedliwienia. Dalej polski, podstawowy oczywiście. Jakkolwiek czytanie ze zrozumieniem wydaje mi się że rozwaliłem (dawno to było), to na tamtej pamiętnej maturce były tematy dotyczące dwóch dzieł literackich - jednego które przeczytałem i znałem całkiem dobrze (Makbet), i drugiego które było mi zupełnie nieznane, pomijając kilka zasłyszanych tu i ówdzie urywków analiz na lekcjach (Chłopi). Cóż zrobiłem? Oczywiście napisałem na temat tego drugiego

. "Ależ Lordzie! Jak to się stało, żeś tak dziwacznego wyboru dokonał!?" zapytacie... Cóż, pytanie do "Makbeta" kazało mi go porównać do "znanego mi antycznego bohatera literackiego", co w tamtym momencie uznałem za test wiedzy "sprawdzamy co pamiętasz z tego polskiego i stąd MASZ WIEDZIEĆ o kogo nam chodzi". Niestety, nie wpadłem na to że ta interpretacja może być nieco chybiona, więc jako że nie wiedziałem o jakiego to "znanego mi antycznego bohatera literackiego" może chodzić, to w obroty wziąłem analizę fragmentu z "Chłopów"

. Ostateczne efekty tego kaskaderskiego numeru - równiótkie 45% punktów

.
A teraz o tych rzeczach, co poszły "lepiej niż gorzej", czyli z wynikiem >50%. Dalej jedziemy od dna, na którym honorowe miejsce zajmuje jak łatwo zgadnąć matura ustna z polskiego

. Temat prezentacji: ewolucja fantasy. Przygotowania do prezentacji - gdzieś circa o 2:00 ściągnąłem z wikipedii parę obrazków i przeczytałem artykuł. Circa o 3:00 poszedłem spać. Circa o 10:00 przeczytałem go ponownie, spytałem gościa który robił ten sam temat "o co właściwie biega w tym całym Ziemiomorzu" (serii książek która dumnie widniała u mnie jako część bibliografii) i poszedłem prezentować.
I całe szczęście że go spytałem, bo jednym z pytań było "jaka jest różnica pomiędzy twórczością Le Guin a Tolkiena"

.
Ostateczny wynik - 11/20 za w sumie może godzinę zupełnie na odwal się roboty, w której przydzieleniu jak do tej pory ciągle nie znalazłem celu. Jak dla mnie raczej wcale niezły, a na pewno diablo wydajny wynik.
Angielski z kolei... Panie, miażdżyłem. Podstawowy zrobiony w circa 15% czasu (jeden kolega mnie tylko wyprzedził), rozszerzony I zrobiony cały zanim skończyła gadać kaseta do pierwszego ćwiczenia, czyli w circa 10% czasu (tym razem to ja drania wyprzedziłem

). W rozszerzonym II kazali historyjkę napisać, a żaden temat mi za bardzo nie podszedł, i jeszcze "writers block'a" dostałem, więc czasu mi to zajęło 33% i wyszło coś, czego bym w innych warunkach i tak nigdy nie napisał (tamten gość mnie wyprzedził wygrywając nasz półoficjalny konkurs 2:1 - cóż, nie można zawsze być zwycięzcą

). Ostatecznie wyniki ze wszystkich części lewitowały koło 90-paru procent.
Angielski ustny na tyle dobry aby komisja mi dziękowała za odświeżający występ po godzinach klepania u innych (trafił mi się jeden temat klasy "bredniastandard" do rozmowy, i coś związanego z robotyką i nowymi technologiami - idealne miejsce na ciekawą dyskusję i parę anegdotek). Nie pamiętam już co ostatecznie dostałem, ale było to albo 19, albo 20 punktów (obstawiam 20, ale pewności nie mam).
No i jeszcze matematyka, z której wyniki znałem już na długo przed maturą. 100/100 za finał Olimpiady Matematycznej

.
Tia, matura, to były czasy - wielkie halo o zupełne banały, a potem trzy miesiące wakacji (cztery jak wliczyć jeszcze pewne "rozluźnienie" jakie nastąpiło pod koniec "nauki" przed maturą). Pełen luz - "najważniejszy egzamin w życiu", ha, ha! A teraz siedzę na wydziale Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego na obu oferowanych kierunkach na raz i zdycham od abstrakcyjności pakowanych pojęć, ucząc się na przykład topologii w tym właśnie momencie, bez możliwości chodzenia na wykłady z niej, bo się czasowo pokrywają z obowiązkowym przedmiotem na informatyce. Jutro mam z tego kolokwium, i chciałbym z całego serca wszystkim narzekającym, jaką to straszną matura jest i trudną, rzec jedno, wielkie "HA!".